Zamek bez legendy byłby jak studnia bez wody. Podobnież, gdyby nie znajdował się w miejscu, które rzuca się w oczy. Zamek Chojnik w Karkonoszach posiada oba te przymioty. Usytuowany na szczycie wyniosłego wzgórza, z którego rozpościera się daleki widok na okolice, sam jest doskonale z owych okolic widoczny. Co do legendy, zrosła się z nim jak skóra z kością, słońce z ciepłem czy piorun z burzą. Gdyby je rozdzielić, niechybnie byłoby to znakiem tragedii. Tymczasem nasz zamek, choć w ruinie, to ciągle stoi, nigdy przez nikogo niezdobyty trzyma się mocno. 

Dawno temu, tak dawno, że już nikt nie pamięta kiedy, żyła tam kasztelanka Kunegunda. Co to za imię? Ano takie właśnie. Ponoć powstało z połączenia germańskich słów: „kuni”, czyli ktoś ze szlachetnego rodu i „gunda”, czyli walka. Ponoć, bo pochylając się nad poczynaniami naszej bohaterki jakoś trudno dopatrzeć się w niej szlachectwa, a jeśli walki, to tylko o własne zachcianki. 

Otóż Kundzia, choć nosiła się wytwornie, obleczona zawsze w najdroższe i najdelikatniejsze szaty, jakie ludzkie oko oglądało, choć była posiadaczką lica tak gładkiego, że każdy, kto ją tylko zobaczył, niechybnie się w niej zadurzał, charakter miała iście żmijowy. Ot, niezauważalnie przymilała się do kogoś, by nagle cap – ukąsić go jadowitym słowem albo gestem, który niejednemu od razu łzy na policzki wyciskał. Ba! Żeby to jedynie były łzy… 

Panna z niej była bogata i piękna. Wprawdzie wieść gminna w daleki świat zaniosła, że jest złą dziewczyną, nie brakowało jednak zalotników pragnących mieć ją za żonę. Ona wszak postawiła warunek. Zgodziła się poślubić tego spośród absztyfikantów, który w pełnej zbroi, w hełmie z zamkniętą przyłbicą, mieczem u boku i kopią w dłoni przejedzie na koniu zewnętrzne mury Chojnika. 

I porywali się jeden za drugim młodzieńcy, zdolni za jeden pocałunek Kunegundowych ust stracić swe drogocenne życie. O ile pewnie zaczynali wędrówkę, gdyż na początku mury były jeszcze dość szerokie, o tyle, w miejscu, gdzie stawały się bardzo wąskie, wyrastając w dodatku ze skalnej ściany o podstawie niknącej w głębokiej przepaści, tracili równowagę i pośród wycia przerażonych koni ginęli dla kaprysu ubawionej tym panny. Powiadają, że do dzisiaj w dolinach Chojnika słychać klekot, od którego aż dreszcze przechodzą. To nie klekot gałęzi rosnących tu potężnych buków, ale ukrytych pod ziemią kości szalonych śmiałków. 

Któż by zgadł, jak ta historia się zakończy? Niespodzianie zjawił się na zamku rycerz, w którym to kasztelanka zadurzyła się od pierwszego wejrzenia. Jej serce zabiło ku niemu jeszcze zanim zdążył on objechać na rumaku Chojnikowe mury. 

Jegomość przybył jakoś pod koniec zimy, gdy śnieg choć zalegał na zamku, powoli ustępował przed słońcem, które coraz mocniej i dłużej ogrzewało Karkonosze. Zmierzchało, gdy zastukał do zamkowej bramy, oświadczając, że zamierza wykonać postawione przez Kunegundę zadanie. Służba wpuściła go w ponurych nastrojach. Rosły to był mąż, w ruchach podobny do silnego rumaka, a do tego od pierwszych słów grzeczny i układny, że szkoda się wszystkim zrobiło, iż na głupią śmierć przyszedł się zapisać. 

Dlatego, by umilić mu ostatnie chwile, rozpalono w kominku, przyniesiono jadło, ustawiono na stołach najgrubsze świece. On zaś prawił dużo i ciekawie, a przy tym nie pomijał nikogo, kto chciałby z nim pomówić. A przecież pytań mu stawiano więcej niż jest mrówek w mrowisku. Skoro bowiem tylko zwiedziano się, że przybywa z dalekiego miasta, nuże każdy chciał wyjaśnień, co to za miasto, jak wygląda, czy panny tam urodziwe, a młodzieńcy krzepcy, czy zamek stoi, góry widać czy raczej morze. 

Kunegunda, która spostrzegła ze swej komnaty światło w jadalnej sali, zawołała jedną ze swych panien, by posłać ją tam na zwiady. Dziewczyna jednak nie przyszła. Wściekła kasztelanka narzuciła więc na siebie płaszcz i na miejsce udała się sama, obmyślając po drodze zemstę na biednej służącej. Już na korytarzu usłyszała dochodzący z jadalni głos przybysza, który słodyczą wypełnił jej zatwardziałe serce. Na miejscu ukryła się za jednym z filarów podtrzymujących sklepienie i zobaczywszy rycerza, z wrażenia ledwo dech mogła złapać. 

Jakże chętnie wszyscy mu usługiwali, z jaką uwagą słuchali! Cóż to za odmiana w porównaniu do tego, jak odnosili się zwykle do Kunegundy. Służba prawie nie używała przy niej słów, nie patrzyła jej w oczy, w milczeniu wykonywała rozkazy. Każdy przecież bał się jej gniewu i złośliwości, którymi celowała zwykle tam, gdzie najbardziej bolało. W towarzystwie Kundzi nie znalazłbyś jednego, który czułby się doceniony a nie pogardzony. 

Była już późna noc, gdy gość oznajmił, że udaje się na spoczynek. Odpowiedziało mu płaczliwe westchnienie, ten i ów chwytał się za głowę i prosił, by rycerz nie podejmował wyzwania Kunegundy. Cóż jeśli mąż ów słuchać tego nie miał zamiaru. 

Pogaszono świece, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Przez nikogo niezauważona, do swej komnaty umknęła i Kunegunda. Godziny mijały, lecz kasztelanka nie mogła zasnąć. Dręczył ją bowiem lęk o junaka, któremu serce już zawczasu oddała, a który jak inni życie miał postradać. 

Dlatego jeszcze przed świtem wysłała służącą do rycerza, każąc mu przekazać, że nie musi on przejechać konno zewnętrznych murów Chojnika, gdyż zamkowej pani wystarczy sama jego odwaga, by to dla niej uczynić. Co za tym idzie, Kunegunda bez wspomnianej próby zgadza się oddać mu swą rękę. 

Lecz cóż to? Rycerz odmówił! Przekazał zamkowej pani, że przybył na Chojnik dokonać tego, co nikomu się nie udało i nie po rycersku byłoby mu się wycofać. Wskoczył na konia, ściągnął przyłbicę i w pełnym rynsztunku ruszył przed siebie. 

Gapiów zebrało się co niemiara. Zdawało się, że nawet i zamkowe psy wyczuły nosem widowisko. Gdy rycerz zbliżył się do najniebezpieczniejszego przewężenia w murze, wszyscy wstrzymali oddech, a Kunegunda zakryła twarz dłońmi. Mijały sekundy. I być może były to najstraszniejsze sekundy w życiu Chojnikowej krasawicy. Oto – tylko dla swego kaprysu – miała stracić ukochanego. Tymczasem zamiast gruchotu roztrzaskującej się na skałach zbroi, ludzkiego krzyku i ryczenia konia, wybuchły naraz radosne wiwaty. Kunegunda, na nogach drążących bardziej niż trzciny na wietrze, gdy tylko jej bohater stanął bezpiecznie na dziedzińcu, podbiegła do niego, wołając: 

– Jestem twoja!

– Ależ pani. – Ukłonił się rycerz. – Wybacz, lecz nie pragnę twej ręki.

Kasztelanka równie dobrze mogłaby wtedy usłyszeć, że jest brzydka jak ropucha albo biedna jak mysz kościelna. Gawiedź zamilkła, rycerz zaś dodał: 

– Przybyłem tu, by wykonać postawione przez ciebie zadanie. Teraz już nikt nie będzie musiał przez nie ginąć. – Po czym wskoczył na konia i odjechał. 

Kiedy już fala zdumienia opadła, wszyscy zaczęli szeptać, cmokać, drapać się w głowę, zerkać ukradkiem na Kunegundę i coś sobie do uszu szeptać. Nikt jednak do niej nie podszedł, nikt nie próbował pocieszyć. A dziewczyna, jakby ją zamurowało, stała w miejscu i zmartwiałymi oczyma nie widziała chyba nic prócz swej wzgardzonej miłości. 

Nikogo już przy niej nie było, gdy ocknęła się z odrętwienia. Mogłaby się chwycić zemsty, plotek i pomówień. Mogłaby tropić nimi rycerza, póki by jej tchu starczyło. Nie chcąc przeżywać cierpienia, mogłaby też postanowić, że więcej o rycerzu nie wspomni i trzymać się tego jak drakońskiej diety. Nie miała jednak siły ani na zemstę, ani czynienie podobnych postanowień. Musiałaby też być kimś innym niż sobą, gdyby pogodziła się z doznanym afrontem. 

  Po kilku nocach, w których ciemność w sercu Kunegundy była większa niż ta w środku pełnego kałamarza, trupio blada dziewczyna wstała ze swego miękkiego łoża, narzuciła na siebie wełnianą pelerynę i wyszła. 

Utkana z mrozu mgła wessała ją tak prędko i chciwie, że po chwili kasztelanka przestała być w niej widoczna. Szła powoli, lecz pewnie. Wreszcie zatrzymała się przed miejscem w zewnętrznych murach zamku, z którego runęło w przepaść tylu młodych rycerzy, wspięła się na mur, wyprostowała, zrzuciła z siebie pelerynę i wypełniona rozpaczą jak ołowiem… pchnięta czymś znienacka, zachwiała się i spadła na kamienny dziedziniec. 

Gdy się ocknęła, zobaczyła przed sobą wielkiego jak pies kruka, który wyskubywał ze swych skrzydeł kawałeczki jej sukni, gdyż to on właśnie przed chwilą z impetem w nią wleciał.     

– Co czynisz?! – zakrakał gniewnie. – Sądziłaś, że gdy zabierzesz życie swemu ciału, duszy zabierzesz je także? Czart w tobie by się cieszył, rad byłby, że dałaś się oszukać. Spójrz na siebie! – zaskrzeczał władczo. – Zrobiłaś ludziom tyle złego, a teraz chcesz od tego uciec? Błąkałabyś się wówczas pośród straszliwych duchów, nie mając możliwości naprawienia krzywd, któreś wyrządziła. Rana, którą ci zadano to dar od losu! – Na piórach ptaka zalśniły kryształki lodu. 

Kundzia aż oczy od tego musiała przysłonić. Jej czarnopióry sędzia zdawał się lśnić niczym w królewskim majestacie i wcale by się nie zdziwiła, gdyby był panem i władcą całych Karkonoszy. 

– W świat pójdzie teraz wieść, że zrozpaczona Kunegunda rzuciła się z wieży Chojnika, oddając swe ciało i duszę diabłom na pożarcie – zakrakało kruczysko, a za nim cały las, wszystkie w nim drzewa, skały, strumienie i zwierzęta powtórzyły to samo: … diabłom na pożarcie. – Tymczasem wstaniesz teraz i opuścisz te strony, a wrócisz dopiero, gdy oczyścisz duszę ze swych okrutnych przewin. – To rzekłszy, czarnopióry jegomość odleciał, a w gęstej mgle ciągle było słychać szum jego potężnych skrzydeł.  

Kunegunda płakała. Płakała cicho, lecz tak, że mogłoby się wydawać, że płakał każdy włos na jej głowie, każdy palec, każde ucho, a nawet kolana, łokcie i brzuch. Toż samo bowiem, co usłyszała od sędziego ptaka, wołało jej obudzone nagle sumienie, ten oręż ducha, bez którego człowiek potrafiłby się ze wszystkiego usprawiedliwić, lecz o nic oskarżyć. 

Mijały dni, miesiące, lata, a pani Chojnika przetrwała w legendzie, której tragiczny koniec ma przestrzegać innych przed czynieniem niegodziwości. Ciągle się słyszy, że w mętne noce duch kasztelanki, która na skutek złamanego serca rzuciła się z zamkowej wieży, błąka się na Chojniku i straszy. 

Dopóki mara będzie się tam pojawiać, dopóty wiadomo, że Kundzia swego serca nie oczyściła. Zdaje się jednak, że trochę jeszcze jej to zadanie zajmie.