Z dnia na dzień las milkł i pustoszał. Ptaki, które jeszcze w nim zostały, śpiewały cicho i z rzadka, zajęte bez reszty przygotowaniami do zimy. Pszczoły i muchy zaszyły się w uśpieniu, przeciw któremu buntowała się jakaś ważka, furkocząca perłowymi skrzydełkami. Podobnież biały motyl, latał zagubiony nad płową łąką, wokół której płonęły ogniste fryzury drzew. Wiatr wyrywał z nich liście i niczym w ramę wstawiał na chwilę w głęboki błękit nieba. Potem ciskał nimi w dół i przerzucał jak małe piłeczki. Gdy wreszcie opadły, niemal kruszały w oczach, co rusz dziurawione przez deszcz żołędzi.
Jeden z owoców trafił w głowę jelenia pasącego się na skraju dębowego lasu. Przed rogaczem wąska ścieżka przez łąkę ciągnęła się aż do pajęczyny strumyków równej w błyszczeniu kawałkom szkła. Na horyzoncie, dokładnie na wprost jelenia, widniały Śnieżne Kotły, nieco na prawo Szrenica, której zachodnią połowę całkowicie zasłoniło wzgórze Chojnik. Nieopodal dzisiejszych Cieplic rogacz wpatrywał się w Karkonosze, nie wiedząc, że zbliża się ku niemu trzech wytrawnych myśliwych, a wśród jeden, którego księciem zwano.
Łowcy dopiero ruszyli na polowanie znad Złotuchy w Górach Kaczawskich. Jeden z nich miał tam swój drewniany dwór, do którego na odpoczynek zaprosił księcia Bolesława Krzywoustego. Książę bawił w tych stronach pierwszy raz i nie mógł wyjść z podziwu dla urody tej ziemi. Dla obfitości porastających ją lasów, cudowności wody tryskającej z licznych źródełek, obfitych w ryby rzek czy widoków na Góry Olbrzymie, które jak troskliwe ramię otaczały położoną u ich stóp kotlinę.
Potężny byk wychodził myśliwym na spotkanie. Zawrócił bowiem w stronę Bobru i nieprzebranych borów, które otulały tę rzekę jak grube futro. Właśnie tam, na niewielkim, schowanym wśród drzew wzgórzu, miał swoje legowisko.
Zmierzchało, gdy książę siedząc na grzbiecie swego rumaka, dojrzał z daleka zbliżającego się jelenia. Wiatr wiał w stronę księcia, zwierzę nie czuło więc zapachu człowieka. Książę napiął łuk i wyczekiwał w skupieniu, urzeczony dumną postacią rogacza. Wreszcie, gdy jeleń znalazł się we właściwej odległości, łowczy zwolnił cięciwę i strzała niczym błyskawica pognała naprzód. Trafiłaby, gdyby rogacz nie odskoczył, spłoszony poruszeniem rozpruwanego powietrza. Zniknął w leśnej gęstwinie, tak iż książę w żaden sposób nie mógł go ponownie dojrzeć.
A bardzo tego pragnął. Przez krótką chwilę bowiem, mgnienie niemal, zobaczył w oczach jelenia to, co dzikie, czujne, odważne, pewne i wolne. Podziwiał tego zwierza, ale i złość go brała, że byk opór postawił jego woli. Cóż jeleń, nawet jeśli piękniejszy od wszystkich, jakie Bolesław kiedykolwiek upolował, mógł wynosić się ponad ludzką i to książęcą władzę? Jak mógł nie poddać się ustalonemu przez człowieka porządkowi?
Słońce skryło się już za horyzontem, gdy myśliwi namówieni do tego przez księcia, postanowili nie wracać na nocleg nad Złotuchę, lecz na jednym z nadbobrzańskich wzgórz rozpalić ognisko i przy nim pozwolić uwieść się snom. Basowe pomrukiwanie lasu i szum płynącego nieopodal Bobru bardzo im w tym pomogły.
Światło z ogniska pełzało jeszcze po twarzy księcia, gdy pod powiekami zobaczył owego wspaniałego zwierza, któremu precyzyjny strzał nie dał rady. Oglądał go w swoim śnie na przemian z ciemnymi lasami, bujnymi koronami rozpłomienionych jesienią drzew, rozległymi łąkami, rzekami, mistrzowsko urzeźbionymi skałami i Karkonoszami, które z wysokości czuwały nad tą krainą.
Tymczasem blask płomieni oświetlił właśnie potężnego byka, jego mocną głowę w koronie wielkiego poroża, atletyczny grzbiet i umięśnione uda. Zdawało się, że przygląda się księciu, sonduje go, z brzmienia równego oddechu próbuje odczytać, jakimże jest człowiekiem. Wtem jeleń nastąpił na gałązkę.
Książę natychmiast się przebudził. Spojrzał na rogacza i bezszelestnie wstał. Nie trwało dłużej niż spadanie deszczowej kropli, jak wyjął z pochwy przy pasie nóż i rzucił się na swą wymarzoną zdobycz. Złapał za rogi i z całej siły ugodził byka w masywny kark. Zwierz wyrwał się z uchwytu, pochylił swój łeb i już miał stratować księcia, gdy ten, biorąc w ręce jeszcze żarzące się polano, z impetem uderzył nim w przednie kopyta jelenia. Wtedy ten zwalił się na klęczki i przewrócił na bok.
– Dlaczegoś to zrobił? – wycharczał ludzkim głosem. – Upolowałeś dzisiaj dość zwierza, by samemu najeść się, a i nakarmić swych towarzyszy.
Oszołomiony książę, milczał chwilę, po czym nie bacząc na cud odparł:
– Jestem księciem, to moja ziemia i wszystko, co na niej żyje, winno być mi poddane! – powiedział już pewnie.
– Jesteś taki sam jak jeż czy skała, boście z tego samego prochu ulepieni. Ziemia nie jest twoją, boś jej sobie nie stworzył, a poddana jest nie tobie, tylko ty jej. Gdyby nie ona, nie mógłbyś żyć. – Jeleń fuknął przez nozdrza, a jego ciepły oddech zamienił się w parę.
Myśliwy zmarszczył brwi, nie podobało mu się, żeby go pouczać i to jeszcze tak bez ceregieli. Oburzony, chciał zamierzyć się na swego rozmówcę, gdy tamten dodał:
– Tylko dlatego, żeś o tym wszystkim zapomniał, siebie traktujesz tak, jakbyś był kimś innym, lepszym od tego, co cię otacza.
– Jestem kimś innym! – Wypiął pierś Bolesław. – Jestem człowiekiem, a do tego księciem!
– Złudzenie… – jęknął słabnącym głosem jeleń. – Obdarza cię przyjemnym poczuciem władzy. Jednak źródło prawdziwej władzy bije gdzie indziej.
Gdzie? Książę chciał poznać odpowiedź, ale przecież nawykł do pewności swych sądów dlatego, że były jego sądami. Porad ani pouczeń nie słuchał, zwłaszcza od jakiegoś zwierza. Cóż jednak, jeśli ten, choć buntował się księciu, mówił jakby wprost do jego serca, wywoływał w nim poruszenie. Bolesławowi zdawało się naraz, że w tym rogaczu kryły się wszystkie lasy, doliny, wzgórza i wichry, całe pulsujące w nich życie. Że nie masz na świecie nic cenniejszego.
– Gdzież jest źródło prawdziwej władzy? – wydusił wreszcie, choć znał już odpowiedź.
– Tam właśnie – szepnął jeleń i zamykając swe wielkie oczy, skonał.
Gdy poranne Słońce wdarło się między drzewa, dwóch myśliwych ledwo myśli mogło poskładać.
– Ależ popisowy okaz! – Chodzili wokół leżącego przy wygaszonym ognisku rogacza. – Czyś polował w nocy, książę?
– Nie wiem, czy to ja polowałem, czy raczej to on polował na mnie – padła dziwna odpowiedź. – Zostawimy go tutaj, a ty – Krzywousty zwrócił się do rycerza Strupicza, który gościł go w swym dworze nad Złotuchą – wybudujesz na tym wzgórzu, gdzie teraz jesteśmy, kasztel. Powołasz przy nim do życia gród, który nazwiesz Jelenią Górą, a w jego herbie umieścisz tego oto jelenia.
W myśliwych odezwał się zew krwi.
– To nie będziemy twojej zdobyczy ze skóry obdzierać, głowy mu odrąbywać, byś mógł ją sobie jak trofeum innym z dumą pokazywać?
– Nie, moi panowie. – Bolesław delikatnie położył swą dłoń na szyi rogacza. – Oby każdemu, kto zamieszka w Jeleniej Górze i jej okolicach ta dumna postać jelenia przypominała, że człowiek nie pojawił się tutaj, by rządzić, ale by być rządzonym… Jeśli chce być dobrym i szczęśliwym władcą tej ziemi – dokończył jakoś smutno, ale i tonem, któremu nie można było się sprzeciwić.
Czy rycerze zrozumieli coś ze słów księcia? Patrząc na dzisiejszą Jelenią Górę, wielu wciąż zadaje sobie to pytanie.
